Linki
Polecamy
Wywiady
| Waldemar Tomaszewski: Litwie brakuje europejskich standardów |
|
Wiec w obronie oświaty w języku ojczystym, który odbył się 17 marca w stolicy, pokazał, że Litwa już dawno nie wyrażała swoich protestów w tak zjednoczonym uniesieniu. Na placu Kudirkos zebrali się ludzie różnych narodowości, nie tylko przedstawiciele tradycyjnych mniejszości narodowych. Dzisiejszy gość gazety „Литовский Курьер” (Kurier Litewski) – przewodniczący Akcji Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL), eurodeputowany – Waldemar Tomaszewski mówi o nowej jakości swojej partii, przy czym nie tylko w skali teoretycznej, ale także i praktycznej.
– Od dawna wzywaliśmy wszystkich ludzi dobrej woli, aby zjednoczyć się przeciwko tym działaniom rządu, które są skierowane przeciwko obywatelom naszego kraju. Wiec pokazał, że to są nie tylko apele, ale też i realne nasze działania. Przewodniczący AWPL uważa, że w wiecu udział wzięło o wiele więcej osób, niż twierdzą oficjalne źródła. „To widać na nagraniu wideo na portalu YouTube. Co najmniej 7000 osób, a nie, jak twierdzą oficjalne dane, 5000” – podkreśla W. Tomaszewski.
– Wiece, przemarsze, pikiety – Litwę dosłownie ogarnęła fala niezadowolenia. Co to jest – początek kryzysu władzy? – To, co się dzieje można nazwać też i kryzysem władzy, ale wtedy trzeba konkretnie wskazać, której władzy. Mówienie o całej władzy ogólnie byłoby błędne i powierzchowne, ponieważ we władzy są też i ci ludzie, którzy bardzo porządnie wykonują swoje obowiązki. Na przykład, w Samorządzie Rejonu Wileńskiego. Byli oni w stanie przeznaczyć 6 mln litów dotacji na pokrycie części kosztów ogrzewania i milion litów dotacji na pokrycie części ceny zimnej wody. W tym trudnym sezonie grzewczym ludzie płacą 30-40% mniej niż wskazują rachunki za ogrzewanie, jak też i za wodę. Dlatego tam, gdzie jest chęć pomocy ludziom, są też konkretne wyniki. Nie można więc mówić ogólnikowo o władzy – wszystko zależy od ludzi we władzy, jacy oni są – porządni, czy też nie, myślący o zwykłym człowieku, czy raczej o swoich problemach. Najgorsze, kiedy dbają wyłącznie o swoje osobiste interesy. Na przykład, ostatnio przeprowadzone badania wykazały, że na Litwie tylko dwie partie nie były wmieszane w skandale korupcyjne – to nasza partia i partia chłopska. Bo tak naprawdę, nie mówimy o tym, że trzeba walczyć z korupcją, ale tą walkę zaczęliśmy od siebie. Jesteśmy jedyną partią parlamentarną, która nie przyjmowała pieniędzy od struktur biznesowych, podczas gdy inne partie przyjmowały miliony.
– AWPL – jedyna siła polityczna, która broni interesów mniejszości narodowych. Co sądzi Pan o tym, że o problemach mniejszości narodowych zaczęły mówić też i inne litewskie partie. Czy to przedwyborczy chwyt reklamowy? – My też jesteśmy partią litewską – tylko z regionalnej, jaką byliśmy na początku, dziś przerośliśmy w ogólnorepublikańską. Bronimy interesów nie tylko mniejszości narodowych – to jedna z mocnych stron naszej działalności, ale mamy też dobry program gospodarczy, dużo pracy pokładamy na rzecz rolnictwa. W naszej ekipie pracują ludzie uczciwi i kompetentni, jeżeli będzie ich więcej w Sejmie, to więcej problemów może być rozwiązanych. Mówiąc o obronie interesów mniejszości narodowych, to tutaj wiele problemów może być rozwiązanych bardzo prosto – wystarczy standardy europejskie wprowadzić w życie tutaj na Litwie. Inną rzeczą jest to, że nie wszyscy chcą to robić, a niektórzy, jak słusznie Pani zauważyła, teraz przed wyborami będą również ten temat akcentować. Myślę, że to nawet dobrze – niech akcentują. Rozgłos wokół problemu – to ważny moment. I nawet jeśli nie jest jasne, jakie cele przyświecają tym działaniom, – zdobyć głosy wyborców czy chęć nam pomóc – najważniejsze są wyniki.
– Swoją drogą, nie brakuje ataków ze strony Pańskich oponentów politycznych przeciwko Waszemu sojuszu z mniejszością rosyjską, iż rzekomo jest ono nielogiczne, chociaż cele macie wspólne, jednak różne środki do ich osiągnięcia? – Po pierwsze, nasza partia jednoczy ludzi dobrej woli, dlatego niewłaściwy jest podział według narodowości. Po drugie, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie jest nie tylko polską partią, nawet według jej statutu. Mamy wielonarodowościowy skład: w ostatnich wyborach do samorządu 10% kandydatów na listach partii było narodowości litewskiej, a w takich miastach jak w Molatach, Druskienikach, ich liczba osiągała nawet 50%. Dlatego nie można naszej partii nazywać wyłącznie polską, chociaż, tak się historycznie złożyło w regionie wileńskim, że Polacy stanowią tutaj większość. A nasza koalicja z rosyjskimi organizacjami społecznymi i politycznymi świadczy o tym, że jednoczymy się, zaiste, na podstawie wspólnych celów. Myślę, że z biegiem czasu nazwa partii będzie ewoluować, takiego rodzaju dyskusje już trwają. Ale przy tych osiągnięciach i tym autorytecie, który partia zyskała w społeczeństwie, teraz przed wyborami zmiana nazwy nie ma sensu, ma pewne wady. To jest skomplikowany proces i, oczywiście, takie ważne kwestie jak zmiana nazwy w jeden dzień nie są dopuszczane.
– Jeśli to nie tajemnica, ile głosów planujecie uzyskać w jesiennych wyborach do Sejmu? – W związku z nadchodzącymi wyborami w litewskich środkach masowego przekazu coraz częściej zaczęły pojawiać się wypowiedzi, że jednoczymy ludzi po to, aby uzyskać więcej głosów. Chciałbym powiedzieć, że głosy i władza – nie są celem, ale środkiem do jego realizacji. Nasz cel jest bardzo prosty – pracować dla ludzi, służyć ludziom, pomagać we wszystkich obszarach – zarówno w gospodarczym, społecznym, jak i narodowym; poprawić atmosferę w społeczeństwie, żeby ludzie wrogo na siebie nie patrzyli. Nie wszystko, oczywiście, zależy od władzy, ale dużo. Nie aspirujemy do władzy za wszelką cenę. Najważniejszą rzeczą dla nas jest nie ilość a jakość. Czujemy wsparcie wyborców, jest ono coraz większe. Jeżeli uda nam się uzyskać 7-10% głosów, a to, sądząc po obecnych faktach, jest osiągalne, a dodawszy zwycięstwo w czterech lub pięciu okręgach jednomandatowych, co jest również realne, to możemy otrzymać 13 - 16 miejsc. Jednak wielu politykom to się bardzo nie podoba. Dlatego rozumiemy, że będą się pojawiać i prowokacje, i nacisk, i wyciąganie jakichś skandali, nawet jeśli ich nie było. Partia pracuje uczciwie, ale w naszych czasach wiele rzeczy można sfalsyfikować.
– Wracając do nowelizacji Ustawy o Oświacie, dlaczego wszelkie próby dialogu z władzami uderzały się w mur niezrozumienia, czy był to po prostu brak chęci zrozumienia? – Nie tyle ważny jest dialog, ile ważne są wyniki. Nasi politycy nadal podejmują decyzje bez konsultacji z grupami zainteresowanymi. Na Zachodzie ma miejsce tak zwana „Rada trójstronna”, – kiedy związki zawodowe, pracodawcy i rząd wspólnie osiągają porozumienie i podejmują decyzje. W podjęciu wszystkich ważnych decyzji, w tym też kwestii mniejszości narodowych, powinienien działać właśnie taki system. Zebrano 60.000 podpisów w obronie edukacji w języku ojczystym. Oznaczało to, że poprawek do ustawy nie można przyjmować. To jest właśnie ten przypadek, gdy należy uwzględnić niepisane prawo weta, które wskazywałoby na wysoką kulturę polityków i dojrzałą demokrację. Jednym pociągnięciem pióra Minister Oświaty na Litwie mógłby rozwiązać problem. Jednak tak się nie stało. Teraz należy zawiesić całą reformę oświaty, ponieważ jest ona skierowana nie tylko na zniszczenie tradycyjnego modelu oświaty w języku ojczystym, ale również na likwidację szkół w wiejskich okolicach w związku ze zniesieniem statusu szkoły średniej. Nie trzeba mieć dokładnych danych, aby zrozumieć, jak daleko jesteśmy w tyle za Unią Europejską według wysokości wynagrodzeń, emerytur, jakości ochrony zdrowia, rozwoju infrastruktury. Jednakże, jedynym obszarem, w którym jesteśmy na równi z innymi – jest oświata. Odsetek osób z wyższym wykształceniem mamy taki sam i jest to wielkie osiągnięcie. Po co przeprowadzać reformę, która to wykształcenie zniszczy? Okazuje się, że Litwa nie potrzebuje ludzi wysoko wykształconych. Tymczasem wysoki poziom wykształcenia – to prestiż kraju, już o to należy walczyć. Ale stwarza też dobry klimat dla inwestycji zagranicznych. A to już jest gospodarka. Niestety, większość rządząca tego nie rozumie. Ale rozumieją to zwykli ludzie, którzy przychodzą na podobne wiece. A to, że jesteśmy przywódcami protestu, żeby zatrzymać tą pseudoreformę i oświatę obronić – dobrze świadczy o naszej działalności, o tym, że nam zaufały nie tylko mniejszości, którego to zaufania nigdy nie zawiedliśmy, ale zaufały nam też litewskie związki zawodowe. Z jednej strony, to nas cieszy, ale z drugiej – również zobowiązuje.
– Miesiąc temu odbyło się referendum w Rydze w sprawie statusu języka rosyjskiego. Pańska partia opowiada się za to, by w miejscach zwartego zamieszkania mniejszości narodowych ich język ojczysty stał się drugim językiem urzędowym. Być może przeprowadzenie takiego referendum miałoby sens na Litwie? – Myślę, że tu i bez referendum sytuacja jest dość jasna. Istnieje pewien standard w Unii Europejskiej, której członkami są Łotwa i Litwa. Po prostu należy żyć według tego standardu i nie trzeba przeprowadzać referendum. Standard polega na tym, że jeśli mniejszość narodowa stanowi wysoki procent, to język ojczysty tej mniejszości powinien być językiem urzędowym. I nie koniecznie językiem urzędowym na poziomie całego państwa, tylko w miejscach zwartego zamieszkania mniejszości. W Wisagini, w regionie wileńskim, w Kłajpedzie normalnie mogłyby funkcjonować dwa lub trzy języki. Przy czym wystarczy jedynie uznać je za urzędowe. Im szybciej to nastąpi tym lepiej dla naszego państwa. To jest normalne, że używany jest język mniejszości narodowej, która jest historycznie miejscową ludnością, a nie imigrantami. Nie powinno tu nawet być tematu do sporów. Sprawa jest nazbyt oczywista.
– Czy Pana zdaniem problem ze zwrotem ziemi na Wileńszczyźnie ruszył z martwego punktu? – Należy mówić o tym, jak problem został rozwiązany, a nie o tym, co zostało rozwiązane. Tak więc, w rejonie Solecznickim najlepsze działki nie zostały podzielone wśród lokalnych mieszkańców. Podobna sytuacja miała miejsce w rejonie wileńskim. Kiedy, na przykład, dobrą działkę zwracano nieuprawnionemu właścicielowi, w zamian prawowitym właścicielom oferowano bagno i krzaki. Czasami ludzie zgadzali się na takie warunki, obawiając się, że niczego więcej im nie zaoferują. Kwestia zwrotu ziemi nie będzie rozwiązana tak długo, jak długo mieszkańcy nie będą miały na nią wpływu. Od początku rozwiązanie tej kwestii powierzono nie lokalnej społeczności za pośrednictwem ich przedstawicieli w samorządach, a rządowej administracji w powiatach. Jaki był rezultat przydziału działek poprzez przenoszenie ziemi „dla swoich”, dobrze wiemy. Po tym, gdy wszyscy geodeci swoją ziemię poprzenosili, wówczas w 1999 roku w Sejmie wprowadzono poprawki do ustawy, które umożliwiały przekazywanie prawa do ziemi innym osobom. To doprowadziło do jeszcze większej liczby transferów ziemi. Kupowano dziesiątki działek, oszukiwano ludzi, oferując przekazanie prawa do ziemi, i obiecując zapłatę. Ludzie, którzy od wielu lat czekali na zwrot ziemi, zgodzili się na warunki spekulantów. Ziemia już masowo była przenoszona, niektórzy „rekordziści” mieli nawet po sto działek. Dopiero w 2010 roku, kiedy rozwiązano administracje powiatowe, pojawiła się nadzieja, że coś można naprawić. Jednakże, sprawy zwrotu ziemi zostały przekazane kompetencji Służby Zagospodarowania Gruntami przy Ministerstwie Rolnictwa. Jedyną rzeczą było udostępnienie znikomej części praw samorządom miejskim w 2002 r., jednak samorządy rejonowe nie posiadają żadnych praw do dzisiaj. Proces zwrotu ziemi pachnie cynizmem. Szczególnie, że niedawno Sejm przyjął ustawę o odszkodowaniu za ziemię na terenach miejskich w cenie 10 tysięcy litów na hektar. To po prostu śmieszne pieniądze. Ponadto, teraz nie ma tych pieniędzy, pojawią się one, gdy państwo sprzeda biznesmenom las, a dopiero wtedy rozliczy się z ludźmi. Powstaje pytanie, dlaczego nie można od razu rozliczyć się lasem. Wygląda, że ktoś inny jeszcze z tego skorzysta. Na wiecu przed gmachem Rządu, oprócz wymagań dotyczących oświaty, była przyjęta petycja o zwrocie ziemi. W niej, między innymi, zawarte są żądania rekompensaty za ziemię na terenach miejskich w Wilnie po cenie rynkowej, a teraźniejsze warunki nazywane są rozbojem w biały dzień.
– Jak Pan uważa, czy światło na końcu tunelu zabłyśnie wreszcie dla Litwy? – Liczymy na Bożą pomoc. Ewangelia głosi: „Gdzie dwóch lub trzech w imię Moje się zbiera, tam i Ja jestem.” To w pełni dotyczy też i naszych czasów. Jeżeli pozostaną co najmniej dwie osoby, które będą bronić swoich idei, oznacza to, że światło na końcu tunelu zabłyśnie. Jeżeli zgromadzi się nas 7-10 tysięcy, jak się zgromadziło na wiecu, jeżeli otrzymamy 16 miejsc w Sejmie – to mamy wielką szansę zmienić nasze życie na lepsze. Powinniśmy dążyć do tego, aby uczciwych ludzi w polityce było więcej, aby ludzie mogli się zastanowić na kogo oddać głos w wyborach.
Nadzieżda GRICHACZOWA „Литовский Курьер” (Kurier Litewski) N13 (891) 29 marca 2012 |




















